usta miękko otaczają białego cienkiego papierosa, który rozżarza się i lekko skwierczy, głęboki wdech i chwilę potem popielaty wydech. na języku miesza się cierpkogorzki smak tytoniu z lekką słodyczą wytrawnego wermutu. o tej porze, w tym mieście, na tych przedmieściach jest już przeraźliwie cicho. słucham szeptu świerszczy i szelestu trawy pod cichym krokiem wałęsających się kotów, wyciągam gołe nogi na balkonowym krześle i wpatruję się w ciemne liście wina pnącego się po barierce tarasu. sex and rock'n'roll, o tym marzę właśnie. myślę ze to jest jedna z tych rzeczy, które Bóg będzie w stanie mi wybaczyć. mam przynajmniej taką nadzieję. ta lekkość, ta przelotność, to jest mi właśnie potrzebne, bo ciężkość życia tu, w tym mieście, na tych przedmieściach, w tym domu, to mnie przytłacza.
moment, w którym uświadomiłam sobie, że nie pasuję do moich rodziców, do ich życia, że nie będę tak żyła, to jeden z najsamotniejszych momentów mojego życia.
Myślę, że bez alkoholu i papierosów żyłoby się ludziom znacznie ciężej. Na pewno wzrósłby odsetek prób samobójczych i zabójstw. To, co nas tak kręci w papierosach i alkoholu, to co mnie czasem tak kręci w papierosach i alkoholu to to, że są taką skromną namiastką skakania na bungee. Łyk wódki, zaciągnięcie się papierosem, takie chojrackie pokazanie, że ja się kurwa nie boję raka, marskości wątroby i zapalenia trzustki. ja sobie kurwa poradzę, patrzcie jak się cieszę życiem, nie można przecież cieszyć się naprawdę życiem, jeśli nie pogodzi się z wizją śmierci, jeśli nie stanie jej twarzą w twarz. w naszych zajebistych nowoczesnych czasach ciężko jednak spotkać śmierć na swojej drodze, poza tym my, zajebiste dzieci XXI wieku nie lubimy dosłowności, ona jest taka passe, lepiej jest zaciągnąć się papierosem, zapić dym mocnym drinkiem i przez chwilę mieć poczucie wyzwolenia od wszystkich pęt, od wszystkich zasad, pokazać samemu sobie.
Właściwie nie wiadomo co, ale to zawsze dobrze wygląda, papieros i alkohol.
czwartek, marca 27, 2014
♫ Spoza nas
czyli niedokładna suma bardzo dokładnych danych.
Wiecie, bo ja się nauczyłam, że ja mam wszystko pod kontrolą. Każde wydarzenie, każde spotkanie, każdy mężczyzna - wszystko pod kontrolą. Wszystko zaplanowane, rozważone każde za i przeciw, przemyślana każda konsekwencja. Ja każdy scenariusz biorę pod uwagę, wybieram ten najbrutalniejszy, piszę dialogi i didaskalia, i wreszcie odgrywam swoją starannie dobraną rolę ze starannie dobranymi tekstami i gestami.
I wdarł mi się w ten mój perfekcyjnie zaplanowany świat, kontrolowany pod każdym względem i zburzył mi porządek dnia, zburzył mi porządek nocy, rozpierdolił mi moją wyliczoną w punktach przyszłość i przejął kontrolę, nie dając mi nawet prawa głosu. Nie pozwala zaplanować jednego zdania, jednego gestu, nie daje czasu na zastanowienie, nie daje możliwości planowania. Z bezsilności potrafię tylko wybuchać gniewem, bo sprzeciwia się mojej logice, wymyka się fabule każdego scenariusza, wciągnął mnie w swoją grę, a ja nawet nie potrafię znaleźć przycisku exit. Coraz częściej myślę, że chyba w ogóle go nie ma. Nie w tej grze, nie w jego scenariuszu.
Napisała
Kate
o
16:54
2
komentarzy
strasznie modne jest pisanie o smutkach i bolączkach, użalamy się wszyscy nad sobą, rozważamy każdą myśl, każde słowo które wpadnie nam do głowy, nadajemy mu głębokie znaczenie a potem wpadamy w rozpacz, bowiem głębokie znaczenie zwykle przekłada się na bardzo proste stwierdzenie, że wszystko jest do dupy. jednakowoż nie możemy przecież napisać że wszystko jest do dupy, bowiem byłoby to wulgarnie proste i nieskomplikowane a my przecież, MY, inteligenci XXI wieku, my nie jesteśmy wulgarni a już, Boże broń, nieskomplikowani. W związku z tym zamiast pisać wulgarne wszystko jest do dupy piszemy elaboraty o bólu istnienia i problematyce sensu życie, choć przecież każdy z nas, mający choć trochę oleju w głowie zdaje sobie sprawę, że jest to nieco żałosne i wyjątkowo melodramatyczne.
i tak sobie właśnie przeglądam w ramach pielęgnowania narcyzmu moje poprzednie posty i tak mi wstyd trochę. a nawet bardzo. za to permanentne użalanie się nad sobą, marnotrawienie bitów danych i zaśmiecanie internetu słowami, które w piękniejszy i mądrzejszy sposób zostały już napisane dawno dawno temu przez ludzi piękniejszych i mądrzejszych ode mnie i myślę, że lepiej milczeć przez jakiś czas, aż nie nauczę się pisać o tym, że życie nie jest wcale do dupy, a jeśli cokolwiek/ktokolwiek do dupy jest to my sami, zatruwający sobie istnienie melancholiami i płaczliwymi żalami, że czemu nam tak źle.
Napisała
Kate
o
16:54
0
komentarzy
No more "I love you's"
Wymykamy się definicjom, żadne z nas nie potrafi tego nazwać, ale chyba tak jest lepiej, unikamy rozczarowań, unikamy oczekiwań, bawimy się sobą, a do tego nie potrzeba wielkich słów. Jemy wspólnie przygotowane spaghetti po bolońsku, słuchamy The Eagles i Chrisa De Burgha, oglądamy idiotyczny film sensacyjny z Clivem Owenem, a potem kochamy się długo i powoli, z czułością zupełnie nie przystającą do charakteru naszej relacji. Zasypiam mu na ramieniu, szczątkami świadomości rejestruję jeszcze pocałunek w dłoń i dobranoc wyszeptane po niemiecku. Rano wyłączam budzik, chcę jeszcze przedłużyć magię tego międzynarodowego romansu, przytulam się do niego, a po chwili kochamy się jak szaleni, jakbyśmy chcieli ukraść czas, uciec przed rzeczywistością. O 8 rano wchodzimy w szarość dnia, o 9 porządkuję już dossiers pacjentów, a on jest na autostradzie w drodze do S. Kiedy wieczorem wracam do mieszkania, potykam się o ślady jego obecności - kubek niedopitej herbaty, opustoszałe łóżko,niemieckie swr1 wciąż cicho mruczące z głośników w laptopie. Wszędzie czuję jego zapach. W pościeli, w ubraniach, w ręczniku zostawionym na fotelu. Wciągam głęboko powietrze i zamykam oczy i znów czuję jego silne ciało, w opuszkach palców znajduję ślad po jego lekkim zaroście, w ustach posmak jego języka. Wtulam się mocniej w jego poduszkę i czuję jego mocne ramiona oplecione wokół mnie, cień jego ust na moim czole i spokój płynący z jego każdego oddechu.
Może gdyby nie dzieliło nas tyle kilometrów, może gdybyśmy obydwoje nie byli tak racjonalni, może moglibyśmy stać się jedną z tych cudownych zakochanych par z happy endem. Życie jednak nie pisze happy endów, więc pozostaje nam zabawa. Uwielbiam patrzeć na jego profil, kiedy śpi. Wygląda jak młody grecki bóg, z prostym nosem, muskułami i spokojem, którym mnie zaraża. brakuje mi jego dotyku, brakuje mi jego zapachu, brakuje mi niego we mnie. to jest najdziwniejsza historia jaka mi się kiedykolwiek przydarzyła.
Napisała
Kate
o
16:53
0
komentarzy
Takie dni jak ten zaczynają się zwykle dość niewinnie. Najpierw jest sms od mężczyzny, którego nie chce się więcej widzieć, słyszeć ani czytać, który nagle chce wrócić, choć już dawno nie ma do czego. Następnie waga elektroniczna pokazuje 1 kilogram masy ciała in plus, zamiast zamierzonego in minus. Przeglądając się w lustrze odkrywa się, że szyja po prawej jest jakaś grubsza i odkrywa się piękne powiększone węzły w pakiecie. Potem jest jeszcze kontroler w tramwaju, który wlepia mandat za jazdę na gapę, choć kurwa to pierwszy, może drugi raz, kiedy wykroczyło się poza prawo komunikacji miejskiej.
A na koniec tego fantastycznego dnia otrzymuje się maila od jedynej osoby, z którą miało się spędzić wyczekany weekend w Sztokholmie, że dzięki uczelni i majowym egzaminom bardzo prawdopodobnie spędzi się ów wymarzony weekend samotnie. Najgorsze zaś, że już nie chodzi tego maila i o ten weekend, tylko o świadomość, że samotne podróże, kiedyś tak uwielbiane, nagle przestały wystarczać. Nagle okazuje się też, że wybór towarzysza podróży jest zawężony do jednej osoby, że znowu jestem na va banque, choć przecież miałam być otwarta na wszelkie propozycje. Wbrew radom przyjaciół i wskazówkom Starszych nie potrafię nie być skrajna.
Napisała
Kate
o
16:52
0
komentarzy
Have you ever felt alone?
It's the feeling that there might never be anybody ever again.
są takie dni, kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo obecna jest samotność w moim życiu. w takie dni mogę jej dotknąć, słyszę ją w każdym dźwięku, czuję ją w zapachu kawy i w smaku wina, otula mnie sobą i odgradza od reszty świata. w takie dni chciałabym wyjść do ludzi i znaleźć jakieś połączenie, jakieś zrozumienie, jakieś chwilowe poczucie psychicznego zdrowia.
są też dni największego strachu przed ludźmi, przed inwazją na moją suwerenność, bo to się równa zaburzeniu równowagi, to jest jednoznaczne ze zmianą układu sił w przestrzeni, a ja potrzebuję moich sił w mojej przestrzeni, bez nich jestem totalnie pozbawiona równowagi.
zabawne, że i jedne i drugie dni wypadają zwykle w tym samym czasie. Wtedy jedynym sposobem na przetrwanie jest wino i widok za oknem.
Tydzień temu, wyszłam na chwilę, włączyłam głośno muzykę, patrzyłam na ludzi i na mosty na kanale, miałam wrażenie, że oglądam kolejny film, do którego nie wygrałam castingu. miałam wrażenie, że już nie czas, a życie przecieka mi przez palce.
nie wiem dlaczego wróciłam do naszej starej historii, słucham unchained melody i po raz kolejny pęka mi serce, choć przecież naprawdę minęło już bardzo dużo czasu. przecież byli już inni, przecież byłam nawet zakochana.
zastanawiam się, czy naprawdę można umrzeć z miłości, czy serce naprawdę może pęknąć. to jest chyba strasznie naiwne myślenie, to chyba nawet w ogóle do mnie nie pasuje, wszyscy przecież myślą, że ja jestem hiper-racjonalna, ostatnio nazwano mnie nawet binarną, strasznie mi się to spodobało, rzeczywiście ja funkcjonuję w systemie zero-jedynkowym ( tak, tak; nie, nie - ja nie wierzę w półśrodki i klimaty umiarkowane)
nie wiem tylko dlaczego, kiedy o Tobie myślę, tracę oddech i zaczynam płakać. patrzę na nasze zdjęcia, te stare, bo tylko te zostały, te sprzed kilku lat, Ty z papierosem, ja z papierosem, Ty wyglądający jak Marlon Brando, ja wyglądająca seksownie. dużo rzeczy się nie udało, MY się nie udaliśmy, ale wciąż patrze na te zdjęcia i wciąż mimo tylu lat myślę, że strasznie do siebie pasowaliśmy. G. powiedziała kiedyś, nie mogę o tym zapomnieć, powiedziała, że jeśli nasza historia miałaby się kiedyś zakończyć happy endem, ona uwierzyłaby znów w niemożliwe.
popołudnie nad jeziorem, słodkie truskawki, sok spływający kątem ust, zapach trawy i świeżej wody, a potem ciężkie krople deszczu płynące po twarzy i karku, kiedy graliśmy w siatkówkę; ubłocone stopy i zmęczone ręce, z każdym odbiciem piłki pokonywałam samotność, z każdym wybuchem śmiechu zadawałam jej kolejny cios.
Napisała
Kate
o
16:52
4
komentarzy
piątek, września 10, 2010
♫ Well, this might take a while to figure out
Miasto jest stalowo chłodne nocą. Odrealniam się w zamazanych krawędziach budynków, w wilgotnych ulicach, w światłach - czerwonych, żółtych, zielonych, w ciszy silników samochodów i w odgłosie ludzkich kroków.
czasem mam wrażenie, ze tak głęboko pochowałam w sobie uczucia, że już nigdy ich nie znajdę. wychodzą ze mnie tylko we snach i marzeniach, choć nigdy nie wiem, skąd się biorą. i zdarza się w końcu, że ktoś chce do mnie dotrzeć, próbuje dotknąć tych wszystkich zapomnianych, obolałych miejsc w mojej głowie, a ja nawet nie próbuję pokonać obezwładniającego strachu, tylko odwracam głowę, uśmiecham się kątem ust i uciekam w lekkie żarty, niezobowiązujące rozmowy i buduję ścianę, odgradzając, być może, jedną z nielicznych osób, które potrafiłyby mnie zrozumieć. i coraz częściej zastanawiam się jak to jest, że niektórzy potrafią przejść przez życie bez tego wewnętrznego rozdarcia, bez ciągłych wątpliwości, czego chcą od życia. po prostu kończą szkołę, po prostu zakładają rodzinę, po prostu idą do pracy.
bardzo bym chciała tak po prostu żyć.
Napisała
Kate
o
22:51
4
komentarzy
poniedziałek, sierpnia 30, 2010
No alarms and no surprises
wiem czego chcę, mam swój plan na życie, znalazłam w nim czas na pracę, botoks w wieku 30 lat i lifting w wieku lat 40, mam w nim pieniądze na podróże, dobre ciuchy i niezłe mieszkanie. to jest zajebiście dobry, pusty plan na życie. i patrze w lustro i mówię sobie, patrz jaka jesteś ładna, jaka zadbana, trochę za gruba, ale na to są tabletki, trochę smutna, ale na to jest alkohol, trochę samotna, ale na to jest seks, ale patrz, patrz, jaka jesteś zajebista, wszystko już o sobie wiesz, znasz się na wylot, wiesz już ze nie stać cię na więcej miłości, wiesz już ze nie stać cię na dzieci, wiesz już to wszystko, teraz tylko musisz przeżyć swoje zajebiste, drogie, puste życie, a potem przejść na druga stronę i rozpłynąć się w nicość. to naprawdę nie jest takie trudne, tysiące ludzi robi to codziennie. wstają rano, piją kawę, idą do pracy, walczą o jakieś akcje, paliwa, pieniądze, o jakiś kompletny bezsens, potem wracają do domu, zajmują się zajebistymi rozrywkami, które maja sprawiać przyjemność (i są przyjemne, mniej więcej tak jak seks bez orgazmu), a potem idą spać.
zresztą o co może chodzić w życiu, trzeba je po prostu jakoś przetrwać, jakoś tak żeby bardzo nie bolało, nie bardzo uwierało. może my za wielkie halo robimy z życia. jak się robi wielkie halo to potem trzeba to uzasadniać, szukać sensu, szukać głębi. ja już szczerze mówiąc jestem zmęczona szukaniem sensu, mam serdecznie dość zastanawiania się co będzie dobre, a co będzie złe, co będzie jeśli wybiorę a, a co będzie jeśli wybiorę b.
życie jest dobre tylko w pewnych momentach. na przykład w klubie, gdzie jest się główną atrakcją wieczoru , albo z siostrą próbując rozróżnić klarnet od oboju w 9. symfonii Dvoraka, albo na plaży w Miami, gdzie przystojny pusty chłopiec wciera olejek w plecy, albo w szpitalu stojąc 12 godzin do operacji.
to są dobre momenty w życiu. i tylko tego mogę się trzymać, i tylko taki sens widzę w życiu, cala reszta to tylko konieczny obowiązek.
Napisała
Kate
o
00:38
1 komentarzy
środa, maja 12, 2010
If you ever thought that Miami is about sex, booze and beach, you were totally right.
I są takie historie, amerykańskie kiczowate obrazki, on i ona w hostelu w Miami Beach, on zwraca uwagę na blondynkę w czarnej mini i niebotycznych szpilkach, cheers mówi, piją razem piwo, potem idą do klubu, (niech nazywa się Nikki Beach i będzie położony tuż nad oceanem); on zamawia drinki: piwo dla siebie, w końcu jest Niemcem ze Stuttgartu, dżin z tonikiem dla niej, w końcu jest Słowianką; a potem rozmawiają, siedząc na leżakach, sącząc alkohol; rozmowa toczy się gładko, alkohol układa słowa w miękkie przyjemne kule, tak uwielbiam kuchnię francuską... a w Tokio najgorsze są pociągi... i nie mogę żyć bez książek... lubię tenis, ale jednak najbardziej uwielbiam nurkowanie, i tak dalej, i w ten deseń tańczą ten słowny taniec z wirtuozerią. W końcu on ją całuje, długo i głęboko, lepiej niż na filmach, zdecydowanie lepiej niż jej dotychczasowi mężczyzni; a potem wychodzą prosto nad ocean i kochają się na plaży, choc wcale nie jest to tak proste jakby sie wydawało, bo zycie jest nieco mniej romantyczne niz życzyłyby sobie tego autorki Harlequeinów. Jednak kochają się na plaży w Miami i nie ma co się ich czepiać, nic dziwnego, że ma to dla nich urok.
I tak, są takie historie, i to nie są historie filmowe, to jest życie, zwykłe życie, tylko, że w Miami, a tutaj życie... cóż, tutaj życie jest bajką.
Napisała
Kate
o
09:03
1 komentarzy
sobota, kwietnia 24, 2010
American Dream
Minęło już ponad dwa miesiące, odkąd wylądowałam na JFK, i ponad dwa miesiące i jeden dzień, kiedy wylądowałam w Rochester. Padał deszcz, było szaro i smutno, targałam wielką czerwoną walizkę i byłam pełna nadziei, że Ameryka nie zawiedzie moich oczekiwań. I póki co nie zawiodła. Po naszym ogrodzie biegają wiewiórki i świstaki, na public market można kupić prawdziwą bruschettę, w Starbucksie wypić wielką, dobrą kawę i wszędzie jest moje ukochane Reese's. Panie w sklepach mówią do mnie per honey, panowie pytają how you doin', w Waszyngtonie podrywa mnie jakiś przystojny Grek, zwykle jednak, tak przynajmniej twierdzi M., gapią się na mnie mężczyźni, a ja, tak twierdzi M., ponoć ich olewam. W szpitalu jest czysto, są pieniądze na badania i leczenie, i nikt nie zastanawia się nad kolejnym rezonansem. Pracuję od 4.30 do 19, pre-rounds, rounds, sign-out, OR, rounds. Wracam, nie czując nóg i lubiąc siebie bardziej niż kiedykolwiek. Odzyskałam tu wiarę w siebie, odetchnęłam tutaj wreszcie, pełną piersią, i pierwszy raz bez zazdrości patrzę w niebo na przelatujące samoloty.
Napisała
Kate
o
04:55
3
komentarzy
czwartek, grudnia 10, 2009
♫ The only constant I am sure of is this accelerating rate of change
kolejny, szósty już, rok chodzę ulicami tego miasta, w innych szpilkach, w mniejszym rozmiarze dżinsów, wciąż ze słuchawkami w uszach, wciąż w skórzanej kurtce.
zmieniło się wszystko i nie zmieniło się nic, ludzie przychodzą i odchodzą, zderzam się z nimi, zamkniętymi w swoich kosmosach, wewnętrzną energię zamieniamy na ognisty wybuch, po którym odpychamy się i tracimy z oczu;
zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic; ci, którzy są, są ci sami od lat, z nieznanych zmiennych przekształcili się w wartości stałe, parametry, bez których równanie przestaje mieć sens.
zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic. zagadują mnie mężczyźni na ulicy, na przystanku, w knajpie, mam wrażenie, że im smutniejsza jestem, tym bardziej im się podobam. zresztą, to bez znaczenia, wszyscy przecież dostają w prezencie to samo - zimne oczy i spierdalaj wysyczane bezgłośnie przez zaciśnięte zęby.
zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic. to jest jak odrywanie plastra od sączącej się rany, za każdym razem boli tak samo. zrobiły mi się już odleżyny od samotności, wstydliwie zakrywam wrzody kolejnymi mężczyznami, desperacko wierząc, że któryś w końcu je zagoi, choć póki co wszyscy tylko je zakażają. i w tym bólu potem nie chodzi przecież o nich, chodzi tylko o ten moment oderwania zropiałego plastra, o tę przelotną świadomość, że nie, to znowu nie to. i przecież nic się nie dzieje, kilka dni mija, rany się zaskorupiają, ja znów wciskam się w pancerz samotności i wszystko znowu jest ok, aż do następnego razu.
Napisała
Kate
o
00:59
12
komentarzy
niedziela, listopada 08, 2009
♫ All of the sounds that kept me feeling down 'been washed away, when I'm with you
Pociągi, pociągi, pociągi. Ekspresowe, inter-regionalne, intercity. Relacje Kraków-Warszawa, Warszawa-Kraków. Z peronu piątego w Krakowie, na peron trzeci w Warszawie. Z peronu trzeciego, na peron piąty. Trzy godziny podróży, trzy godziny czekania, trzy godziny transformacji z Mnie w niezrozumiałą Kobiecość, żyjącą w dotyku jego dłoni, w spojrzeniu jego oczu, oddychającą jego oddechem, śpiącą jego snem. Wciągam zapach jego włosów, korzenny i spopielały, od perfum i papierosów, i nie mogę spać w tym stanie nieważkości, słucham tykania zegara i próbuję odpędzić narzucającą się samotność mojego zatraconego ja.
Wpuszcza mnie do swojego świata, wchodzę coraz głębiej w te wszystkie historie, notatki i zdjęcia, w tę kompletnie inną bajkę, w której nagle się znalazłam, a w której wciąż nie mogę się odnaleźć. Chciałabym czasem rozbić jego głowę i wygrzebać mu wszystkie myśli, pochowane za błyszczącymi oczami i dziwnym grymasem ust, chciałabym go ogarnąć i uchwycić tak, jak on ogarnął i uchwycił mnie. Układ sił w tej wojnie jest jednak nierówny, ja tu nie mam szans na wygraną. Pozostaje mi tylko chłonąć go, całego, choć i tak niezmiennie czuję niedosyt, chcę go więcej i więcej, chcę całą jego nieskończoność.
Ta nasza historia ma niezwykły początek, każe mi ją opowiadać do znudzenia, cieszy się wtedy, jak małe dziecko. Czasem myślę, że on sam to sobie wymyślił, dla niego nie ma w końcu rzeczy niemożliwych, sam sobie wymyślił scenariusz tej historii, a potem wierzył w niego tak bardzo, aż stał się prawdą.
I tak naprawdę, to ja nawet nie wiem, czy jestem zakochana, to mi bardziej przypomina swoisty imperatyw, jakieś cholerne przeznaczenie, w które nigdy nie wierzyłam. Dalej nie wierzę. Brnę jednak w tę abstrakcyjną opowieść, w którą - tak - w końcu zaczynam wierzyć, sprzeciwiając się nieznośnej lekkości bytu, która z jednej strony zawsze mi przeszkadzała, a z drugiej była fantastyczną wymówką na wiele straconych szans. Bo chociaż nie ma żadnej możliwości, aby sprawdzić, która decyzja jest lepsza, to tutaj - z nim było jedyną możliwą decyzją. Być może doprowadzi to któreś z nas na skraj przepaści.
Może już nad nią stoimy.
Napisała
Kate
o
22:59
4
komentarzy
wtorek, października 27, 2009
In Greek, "nostalgia" literally means "the pain from an old wound."
I nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, nie wiem co powinnam czuć, topię się tylko w jego dotyku, czas przestaje dla mnie istnieć. Odbiera mi rozum, odbiera mi instynkt zachowawczy. To się przecież nie skończy dobrze, to się skończy jak zawsze, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Przecież wiem.
Mimo to trzymam się kurczowo resztek szaleństwa we mnie, bo tylko w nich pozostała jeszcze wiara w miłość, bo wygrzebał je we mnie, kazał sobie przypomnieć, że jest cholerną połówką tej zgniłej pomarańczy, którą z chęcią zamieniłabym na jakieś zwykłe, zdrowe jabłko, tylko, że, kurwa, te wszystkie zdrowe jabłka strasznie mi nie smakują.
Chcę żebyś stała przede mną bezwstydna ze swoim ciałem, ze swoimi myślami i emocjami, naga, z rozłożonymi nogami. mówi mi takie rzeczy, a ja nawet się nie rumienię, choć przecież powinien dostać w twarz za takie bezprawne zagarnianie całej mnie, przecież powinnam wyśmiać go i wyjść, ale on wygrzebuje we mnie szaleństwo i, ja pierdolę, już nie mam sił być rozsądną i utrzymać moją suwerenność. Ma niesamowitą zdolność usuwania mi ziemi spod nóg, tak do utraty tchu, do chwili, aż nie mam już zjadliwej odpowiedzi i spadam na łeb, na szyję. Łapie mnie wtedy w ostatnim momencie i tym swoim irytującym uśmiechem małego dziecka sprawia, że czuję się totalnie bezbronna.
Znowu przyszedł i rozpierdolił to wszystko, a ja zostałam sama z kawałkami niepojętego chaosu do pozbierania.
To się nie może dobrze skończyć, to się skończy wyjątkowo źle.
Napisała
Kate
o
00:43
8
komentarzy
sobota, października 03, 2009
Frank O'Hara "Mayakovsky"
Od miesięcy już brak mi słów do napisania, duszę się tym niczym ryba powietrzem. Bywa, że uformują się w mojej głowie jakieś zdania, jakieś treści, jednak mimo najszczerszych chęci i wielokrotnych prób powrotu do tego przyjemnego hobby, jakim było pisanie, nie potrafię wykrzesać w sobie ani zapału, ani stylu, który zadowoliłby mnie na tyle, aby kliknąć magiczny pomarańczowy przycisk w edytorze postów. Czytam za to i oglądam filmy, i w miarę czytania i oglądania natykam się na kolejne perełki, takie, jak ta poniżej.
Now I am quietly waiting for
the catastrophe of my personality
to seem beautiful again,
and interesting, and modern.
The country is grey and
brown and white in trees,
snows and skies of laughter
always diminishing, less funny
not just darker, not just grey.
It may be the coldest day of
the year, what does he think of
that? I mean, what do I? And if I do,
perhaps I am myself again.
Napisała
Kate
o
23:40
0
komentarzy
sobota, września 12, 2009
♫ And when we go, we won't go slow, we'll put up such a fight
Napisała
Kate
o
00:34
2
komentarzy
sobota, czerwca 06, 2009
♫ Untitled, czyli notka po Pinot Noir
oswoiłam samotność, nie mam z nią problemów, łapię się na tym, że potrafię nie myśleć, na przykład dzisiaj w kawiarni, G. wyszła na chwilę, a ja patrzyłam w chodnik i nie myślałam, w ogóle, nic. zorientowałam się dopiero po minucie czy dwóch. Pani doktor z psychiatrii powiedziała nam, że niemyślenie jest strasznie trudne, że tylko schizofrenikom się to udaje.
nie mogę powiedzieć ze brakuje mi kontaktu z ludźmi, nie, to nie to. tylko czasem, kiedy patrzę na ulicę, piję wino i słucham Interpolu, wtedy trochę mi dziwnie. to wszystko.
bolą mnie plecy, mam chore zatoki i przytyłam trochę, i nie wiem już, co chciałam napisać, chyba coś o tym, że są takie momenty, kiedy chcę się zwinąć w kłębek, przykryć kołdrą i spać, choć zupełnie nie mam powodu, bo wszystko jest naprawdę zajebiste. a potem są takie momenty, że biegam ze stetoskopem i moimi kieszonkowymi podręcznikami i śpię po trzy godziny i wtedy nawet jestem z siebie dumna.
chociaż to ostatnie to raczej rzadko.
i piję strasznie dużo kawy, mam nowy ekspres ciśnieniowy, kupiony za pieniądze ze stażów, i degustuję wszystkie kawy, które dostałam w zestawie. piję też dużo red bulli i coli i próbuje oswoić się z myślą, że lekarz nie może być leniwy. w miarę oswajania tej myśli coraz częściej przychodzi mi na myśl, że te studia to był katastrofalny błąd, bo ja jestem strasznie leniwa. ja lubię długo spać, oglądać filmy, włóczyć się po ulicach i dużo jeść. poza tym bardzo nie lubię ludzi, naprawdę, oni mnie strasznie denerwują, 95% społeczeństwa wkurwia mnie niemiłosiernie.
i to nie dlatego że są specjalnie głupi, niemili czy kłamliwi. nie, ja ich nie lubię z założenia. (tak jak się zastanowić dłużej to nawet 97%) no i tak sobie myślę, że jak ja tych ludzi tak strasznie nie lubię i jak jestem taka strasznie leniwa, to jak ja mogę być dobrym lekarzem, jak ja w ogóle mogę być lekarzem. chyba nie bardzo. z drugiej strony ludzie mają fajne mózgi i rdzenie kręgowe, i całkiem niezłe wątroby, żołądki i trzustki, i to im trzeba przyznać, to jest duży plus.
Napisała
Kate
o
23:41
21
komentarzy
piątek, maja 22, 2009
Kot Schrödingera
Mam 24 lata i to już nie jest wiek na tak zwane lelum polelum, na to cudowne opierdalanie się bez odpowiedzialności i konsekwencji. Starzeję się i wymaga się ode mnie dorosłości i podejmowania Ważnych Decyzji, takich decyzji, po podjęciu których życie nabiera konkretnego kształtu. Wie się wtedy, gdzie mieszkać, co robić i jak zarabiać, umie się wypełniać PITy, ma się fundusz emerytalny i zaczyna się dbać o zdrowie. Tyle, że ja mam 24 lata, ja wciąż nie dojrzałam, wciąż wydaje mi się, że jeszcze wszystko mogę i na wszystko mam czas, że jeszcze mam czas na ostateczności i definicje. Moje życie jest wciąż superpozycją wszystkich możliwych decyzji, a ja wciąż boję się otworzyć pudełko i sprawdzić, czy przeżyję, czy nie.
I może jednak wcale się po Tobie nie pozbierałam po tych kilku latach, a może mam zjebany konstrukt poznawczy, a może i jedno i drugie, ale ja wciąż nie chcę dać się usidlić, wciąż uciekam, gdy ktoś próbuje mnie złapać. Komfortowo czuję się w związkach bez perspektyw, bez oczekiwań i bez nadziei. Brzmi to o wiele smutniej niż jest w rzeczywistości, w rzeczywistości jest to przyjemne i nie przynosi rozczarowań. Jest tylko nudne, ale powoli zaczynam rozumieć, że mało co nie jest nudne w tym życiu.
Napisała
Kate
o
16:03
9
komentarzy
wtorek, maja 19, 2009
Z siódmego życia kota został tylko kot.
na dnie przepaści jest bardzo spokojnie, są tam głównie kamienie nagrzane od słońca i rudy chłodny piasek w cieniu drzew. od kilku dni siedzę w pełnym słońcu i zadzieram łeb do góry. coraz bardziej tęsknię za byciem tam, na krawędzi, bliżej życia i bliżej nieba. na dnie przepaści spotykam różnych nowych, zwykle nie łączy mnie z nimi nic poza kilkoma powierzchownymi spotkaniami lub paroma nieznaczącymi nocami. tutaj, na dnie przepaści, głębia nie istnieje, tu są tylko kamienie, piasek i drzewa, ale już i te ostatnie powoli umierają. ściany przepaści są strasznie gładkie, jakby wyślizgane od desperacji tych, którzy też zmienili zdanie, próbując wspiąć się na wyżyny. nie ma o co się zaczepić, nie ma już nawet skąd skakać. można tylko patrzeć na rysunki miłości, przyjaźni i marzeń, i rozmyślać, czy warto było wtedy skakać i tracić życie. Czy w ogóle warto było stawać nad przepaścią.
Napisała
Kate
o
00:54
3
komentarzy
piątek, maja 08, 2009
Ta piosenka to tylko dlatego, że jest naprawdę śliczna i strasznie prawdziwa.
Na moje nieszczęście staję się mistrzynią tracenia czasu, Facebook i kolejne seriale pochłaniają godziny, myślę, że kiedyś napiszę scenariusz do sitcomu pt. Generacja Facebooka czy coś w tym stylu. To może być największe osiągnięcie mojego życia, chyba że wreszcie wezmę się do roboty, wtedy istnieje szansa, ze może nawet kogoś wyleczę. To by było dopiero osiągniecie.
Przedwczoraj widziałam, jak rodzą się dzieci. To dość zabawne, ale aż do momentu pierwszego oddechu one wciąż wyglądają jak płody: zamknięte oczy, sina skora, niepodobne do niczego. A potem nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, zaczynają się drzeć, robią się różowe i patrzą ślepymi oczami w nowy niewspaniały świat i wyglądają całkiem jak dzieci, prawie jak ludzie. Naprawdę, fajna sprawa. ***A w tym momencie last fm zapodał mi "My heart will go on", gdybym nie była sobą to uznałabym to za zajebiście sentymentalne. Na "Titanicu" płakałam zresztą jak bóbr, ale miałam 14 lat i wierzyłam w takie bzdury, jak miłość od pierwszego wejrzenia. Teraz mam 10 lat więcej i nie jestem nawet pewna czy w ogóle wierzę w miłość.***
Chirurgia ginekologiczna (lub raczej ginekologia chirurgiczna) jest zaś całkowicie obrzydliwa i poza tym, że używają narzędzi chirurgicznych, to z chirurgią to nie ma nic wspólnego. Piękno chirurgii polega na przekraczaniu granicy między światem zewnętrznym a wnętrzem: jest skóra, tkanka podskórna, mięśnie, otrzewna; albo skóra, tkanka podskórna, kość, opony mózgowe. Trzeba przedrzeć się przez te wszystkie warstwy, żeby dotrzeć do sedna. To zajmuje czas, bo potrzeba czasu, żeby przygotować się do widoku, dotyku i zmieniania tego, co jest w środku. Dlatego właśnie nie mogę pokochać chirurgii plastycznej. I dlatego nie znoszę chirurgii ginekologicznej.Oni wchodzą we wnętrze bez przygotowania, upraszczają wszystko, wydzierają macicę przez pochwę, przypomina mi to rzeźnictwo. I tak ja wiem, że tak trzeba, że tak jest mniej powikłań i tak jest najlogiczniej, ale ja dorabiam do wszystkiego ideologię i ideologia ginekologii chirurgicznej nie przemawia do mnie.
I poza okazjonalnym winem i okazjonalnymi spotkaniami, nie dzieje się nic. Znów zrobiło się cicho. Gdyby nie te egzaminy za trzy tygodnie, to pewnie by mnie to martwiło. A tak, to przewalają mi się po głowie wyrazy, czasem nawet zdania, ale większość czasu są tam tylko rzeczy do kupienia, sprawy do załatwienia i zegar biologiczny odliczający czas do egzaminów.
Siedzę przed laptopem i nad książkami, przed sobą mam widok na bulwar Wilsona i ten widok kocham najbardziej w moim mieszkaniu. Jest taka śliczna kamienica na rogu - ciemny róż, z beżowymi dekorami, wysokie okna; i są latarnie świecące na pomarańczowo, szeroka ulica, zielone drzewa i przystanek autobusowy. Nocą to jest naprawdę piękne, tak pięknie puste, bez tych wszystkich ludzi, tylko puste chodniki, pusty przystanek, ta różowa kamienica i od czasu do czasu przejeżdżające samochody. Jak na to patrzę, to lepiej się czuję. Od kilku miesięcy ciągle się dusiłam, próbowałam zaczerpnąć powietrze, ale wciąż miałam szlam zamiast tlenu w płucach; myślałam, że już zawsze tak będzie, nawet zaczęłam palić, zaciągałam się mocno pierwszym, drugim, czwartym djarumem, w końcu kręciło mi się w głowie od nikotyny, ale wciąż się dusiłam. Teraz wreszcie, kiedy patrzę za okno w S., znów normalnie oddycham. Jeszcze chwila, a zacznę różowieć, może jeszcze trochę, a będę prawie jak człowiek.
Napisała
Kate
o
01:57
1 komentarzy
piątek, kwietnia 10, 2009
♫ With your feet in the air and your head on the ground try this trick and spin it
Niesamowite, że jeszcze ktoś tu zagląda. Myślę, że powoli tracę zdolność pisania, straciłam łączność z moim układem limbicznym i chyba dlatego nie potrafię już znaleźć słów do napisania, to strasznie banalne i strasznie przykre, lubiłam egocentrycznie opisywać siebie.
Spotykamy się w Stuttgarcie, na przystanku przed dworcem. Jest ciepło i wieje zimny wiatr, ja - czarny top z Polą Negri, czerwona walizka oparta o udo, on - niebieska koszulka i kask w ręku; niezręcznie całujemy się w policzek, jakby w świetle dziennym nasza relacja była trudniejsza do uchwycenia, rozmawiamy o jakichś nieistotnych sprawach, o jego przygodach na jachcie i mojej walce z językiem niemieckim; dopiero, kiedy wsiadam do pociągu zdobywam się na odwagę i całuję go w usta, na chwilę mam poczucie realności, ale konduktor cichym chrząknięciem przypomina mi o powrocie do nierealnej rzeczywistości z pociągami, biletami, egzaminami i innymi bzdurami, które niezmiennie irytują mnie absolutnym bezsensem.
Z nim jest tak, jak ze wszystkimi innymi, jest tak, jak z moimi miastami. Uciekam z jednego w drugie i nigdzie nie zagrzewam miejsca. Ojciec pyta mnie, kiedy się zatrzymam, kiedy wreszcie siądę na przysłowiowej dupie i zacznę żyć jak przystało na porządnego obywatela naszej popierdolonej planety. Znaczy, ujął to kulturalniej i delikatniej, ale myślę, że o to mu mniej więcej chodziło. Problem w tym, że wizja porządnego życia porządnego obywatela z pracą od poniedziałku do piątku, oglądaniem telewizji w weekend, urządzania mieszkanka, gotowania obiadków, przyjmowania gości raz na tydzień, wyjazdów na narty w lutym i nad morze w lipcu przyprawia mnie o mdłości. W związku z tym spierdalam od Wizji z nadzieją, że się w końcu zmieni.
Wizja.
Albo ja.
Napisała
Kate
o
23:22
2
komentarzy






