Alkohol uderzył nagle, kilka łyków dżinu z wermutem wystarczyło, by poczuć się lekko, ostatnio naprawdę niewiele mi potrzeba, by poczuć się lekko. Męskie spojrzenia, gorące tańce na środku sali... myślę, że zrobiłam się pusta, jednak, jeśli tak wygląda pustota, to żałuję, że tak długo w pogardzie miałam panny uważane za puste.
Czasem mam wrażenie, czasem liczę na to, że na dnie szklanki objawi mi się prawda o mnie i o moim życiu, że na dnie szklanki z wermutem odkryję nagle sens życia, niestety zwykle dno szklanki wskazuje tylko na konieczność jej ponownego napełnienia. Niemniej jednak rozumiem alkoholików, na swój sposób są poszukiwaczami złota; szkoda, że złoża zostały wyczerpane tak dawno temu.
Smutne posty o miłości to jest przeżytek, to takie grafomańskie podrygi pensjonarskiej wyobraźni, jakieś przebłyski platońskiej idei, nierealnej i nieosiągalnej z założenia. W życiu wielkie miłości przytrafiają się niczym rak trzustki, odkryte za późno i nieuleczalne, śmiertelne w ostatecznym rozrachunku. Życie jest racjonalne, nienawidzi wzniosłości, w końcu w życiu nie chodzi o zatracenie, tylko o przetrwanie. Chyba dlatego wielkie miłości spisują się tylko na papierze i w filmie, wcielanie ich w życie kończy się wystrzałem z pistoletu lub wieloletnią depresją. Życie powinno być poukładane, wszystko w odpowiedniej szufladce, kariera, rodzina, przyjaciele i alkohol od czasu do czasu. Papierki, dokumenty, kolokwia i egzaminy, spotkania rodzinne i święta katolickie, wyzywające tańce do piątej nad ranem i praca na kacu następnego dnia; drabinki wartości i priorytetów, opinie na każdy temat, argumenty za i przeciw, pewność jestestwa i zwątpienie na dnie szuflady.
Ktoś na murze napisał Samotność 21.11.2007; za każdym razem, kiedy stoję na przystanku i czekam na autobus do szpitala, patrzę na ten napis i za każdym razem zaburza on mój wewnętrzny spokój. Wciąż za dużo jem i oglądam za dużo seriali. Mam wrażenie, że prześlizguję się po życiu, cudem unikając katastrofy i przypadkowo odnosząc sukces. Dryfuję na morzu wahania, czekając na prąd wydarzeń, który zabierze mnie wreszcie w którymś z miliona możliwych kierunków, bo na żaden nie potrafię sama się zdecydować. Paryż, Londyn, Warszawa, entliczek, pętliczek, bęc, każda wyliczanka wypada inaczej a ja ciągle nie wiem, gdzie jechać i co robić, co ze sobą zrobić, mam 23 lata i zero pojęcia o świecie, zero pojęcia o sobie, zero pojęcia o ludziach, jestem chodzącym pojęciowym zerem. Mama patrzy na mnie z niepokojem i pyta chyba samą siebie czemu ty, dziecko, jesteś taka nieżyciowa.
Czas przecieka mi przez palce, po raz kolejny zresztą.
Trzyletnia historia poronionej miłości, spojrzenia i dotknięcia, rozmowy i milczenia, wszystko wzbudzające nadzieję, wszystko prowadzące do rozczarowania. W końcu stanęłam na skraju przepaści i zakręciło mi się w głowie od wysokości. Obejrzałam się za siebie, ale nikogo i niczego już za mną nie było, więc rzuciłam się głową w dół. Spadając (a spadałam długo) przyglądałam się rysunkom na ścianach, były tam obrazy zdradzonych przyjaźni, złamanych zasad i porzuconych marzeń; poroniona miłość przedstawiona była na różne sposoby, wszystkie urzekały mnie swoim pięknem i głupotą. Wbrew moim oczekiwaniom nie skręciłam sobie karku, wylądowałam na czterech łapach, miękko i całkiem zwinnie. Otrzepałam się z kurzu starych wspomnień i wylizałam rany. Teraz wygrzewam się w słońcu zdarzeń, nad którymi mam pełną kontrolę, chowam się w cieniu spotkań, z tymi, którzy wytrwali, poznaję tych, którzy skoczyli już wcześniej. Czasami tylko zadzieram głowę do góry, mrużę oczy i patrzę na skraj przepaści, zastanawiając się, czemu tak długo wahałam się popełnić samobójstwo.
Neonowe światła w przedziale, obicia z niebieskiego pluszu, naprzeciw mnie ona i on, lat pięćdziesiąt z kawałkiem, ona z gazetą, on z piwem - mili ludzie, myślę sobie i przymykam oczy. Zasypiam płytkim, otępiającym snem, budzą mnie przechodzący ludzie i reggae grające w przedziale obok. Z nieuzasadnioną nadzieją rozglądam się dookoła, licząc na jakąś pozytywną zmianę w otoczeniu, ale jedyne, co się zmieniło to tytuł gazety i producent piwa. Przymykam oczy, świat pod powiekami jest piękniejszy, choć mglisty i niepewny. Podobnie, jak Kraków, który zachwyca mnie zwykle nocą, kiedy obrazy z olejnych stają się akwarelami, ożywianymi tylko światłem latarni. Ciągnę za sobą ciężką walizkę, odgłos kółek na pustej ulicy drażni uszy, piętnując mnie jako ludność napływową. Nie przejmuję się jednak takimi rzeczami, nauczyłam się już, że poczucie izolacji od społeczeństwa nie jest winą społeczeństwa, tylko moją i wynika z braku akceptacji samej siebie. Ilekroć wyeliminuję ten czynnik sprawczy, tylekroć odkrywam, że izolacja jest tylko snobistyczną wymówką ludzi kochających samotność. Nie ukrywam, że jestem snobką.
Nie no, jest zajebiście, naprawdę zajebiście. Zajebiście to mój nowy ulubiony przymiotnik, kiedyś go nienawidziłam, dziś go nadużywam. Ch-ch-ch-changes.
Zajebiście jest więc, skończę te studia w 2010 roku, teraz już to wiem, teraz, gdy zdałam patomorfologię. Skończę te studia i będę lekarzem, co brzmi co najmniej dziwnie, ale powoli oswajam się z tym faktem, który nawet bardzo by mi się podobał, gdyby nie świadomość mojej niewiedzy, pogłębianej z każdym dniem nauki.
Mimo to jest zajebiście, na chwilę obecną mam wszystko pod kontrolą, na chwilę obecną robię tak dużo, że pozostaje tylko dwie godziny w ciągu dnia na wyrzuty sumienia, że nic nie robię. Tata twierdzi, że jestem pracoholiczką i że mam się leczyć, bo jak w ferie można nie mieć czasu, ale nie chcę, nie mogę, wszystkie emocje kanalizuję w pracy, nie muszę się potem nad nimi zastanawiać, nie muszę myśleć nad istotą świata, mogę tylko wyrzucać sobie, że ucięłam sobie drzemkę albo nie posprzątałam mieszkania, chociaż nawet takie wyrzuty wydają mi się ostatnio bez sensu.
Jest strasznie zajebiście, w końcu mam 23 lata, a golden age I know, patrzę szeroko otwartymi oczami w przyszłość, w ten wielki różowy znak zapytania, który wypełniam kolejnymi cegłami decyzji i poznanych ludzi. Stoję w bramie z zupełnie obcym i nieprzyzwoicie przystojnym mężczyzną, który mówi mi, że nie wiedział, że dziewczyny z UJotu są takie wyzwolone, odgarnia mi włosy z czoła i robi ze mną rzeczy, o których raczej nie powinnam pisać na blogu publicznym.
Śniło mi się dziś, że byłam chora na AIDS - śniąc, pomyślałam: Przynajmniej wiem, na co umrę. Na pneumocystozowe zapalenie płuc.
Każdy popełnia błędy, kochanie.Przestań rozpamiętywać najmniejszą pomyłkę, bo się wykończysz mówi mi Tata, gdy nie mogę wybaczyć sobie, że zapomniałam, gdzie jest tomografia. Ponoć za dużo czasu spędzam w szpitalu, właściwie zaczynam ukrywać przed rodzicami, ile dokładnie czasu tam spędzam. Wracam wykończona fizycznie i silna duchowo, o ile rzecz jasna nie popełnię żadnego błędu, o którym potem nie mogę zapomnieć przez kolejnych kilka godzin. Nie wiem, czy to perfekcjonizm, raczej wrodzona potrzeba karania siebie za wszystko i za nic. Uczę się, uczę się dużo, niekoniecznie dermatologii, czuję zresztą psychiczne wsparcie chirurgów, którzy współczująco kiwają głowami, kiedy w wolnych chwilach czytam w dyżurce o lichenizacji i zliszajowaceniu.
Spotykam też ostatnio wszystkich moich byłych chłopców, G. mi zazdrości tego wachlarzu znajomości, ja wzruszam tylko ramionami, bowiem byli chłopcy nie wzbudzają już we mnie żadnych uczuć, może z wyjątkiem lekkiej nostalgii, wiecie, coś w stylu wspominek z dzieciństwa, zbyt odległych i mglistych, by ich nie idealizować.
Wciąż nie wierzę, że stoję tu, gdzie stoję, wciąż czuję się, jak oszust na tych studiach, muszę przekonywać siebie, że naprawdę zasługuję na to, by w niebieskich scrubsach badać, zszywać i zaglądać ludziom w trzewia. Póki co, brak pewności siebie nadrabiam uśmiechem - on potrafi zasłonić najgorsze sekrety.
Osobowość schizoidalna cechuje się tendencją do izolowania się, niewytwarzania silnych związków oraz wycofywania się z kontaktów emocjonalnych i społecznych, "uznawania ich za niepotrzebne". Przy dużej wewnętrznej wrażliwości, wyrażanie uczuć jest ograniczone, co powoduje pozorny chłód i dystans uczuciowy, brak syntonii z innymi. [...] Ludzie tacy na ogół działają samotnie, często żyją w świecie marzeń i fantazji, są ambitni, skłonni do introspekcji, ekscentryczni. J.W. Aleksandrowicz "Psychopatologia zaburzeń nerwicowych i osobowości"
Siedzimy na wyjątkowo nudnym seminarium z dermatologii i przeprowadzamy z G. wiwisekcję mojej duszy. Problem izolacji od społeczeństwa zdaje się niepokoić moich najbliższych, tata podejrzliwie pyta, czy chirurgia nie jest dla mnie kolejną ucieczką od społeczeństwa, mama nie potrafi zrozumieć, że ja naprawdę nie lubię rozmawiać z większością ludzi, nie dlatego, że ich nie lubię, tylko dlatego, że tego nie potrzebuję. Więc siedzimy z G. na seminarium z dermatologii i zastanawiamy się, czy mój brak potrzeby kontaktów międzyludzkich jest patologią. G. chyba uważa, że tak, swoją opinię wyraża jednak bardzo delikatnie, na tyle delikatnie, że nie uważam za słuszne drastycznie się zmieniać. Jeśli w ogóle.
Gubię się na trzydziestu metrach kwadratowych, nie potrafię odnaleźć się na przestrzeni między czerwonym fotelem a biurkiem, obijam się o kanty i brzegi, rzeczywistość dosłownie nabija mi kolejne siniaki. Z moją pamięcią jest coraz gorzej, mam wrażenie, że z każdym dniem głupieję coraz bardziej, z każdą kolejną jednostką chorobową, o której czytam zapamiętuję coraz mniej i coraz bardziej doskwiera mi inercja tych studiów, opierających się na czymś, w czym nigdy dobra nie byłam - wprowadzaniu kolejnych zdań do pamięci trwałej i odtwarzaniu ich o dowolnej porze dnia i nocy. Tęsknię za salą operacyjną, marzę, by wreszcie skończyć stronę internetową mojego koła, ale póki co utknęłam z encyklopedią chorób, zwaną godnie Patologią i nie zapowiada się, bym uwolniła się od niej wcześniej niż 8. lutego.
Wczoraj na przystanku spotkałam R. a spotkanie to wywołało we mnie niezrozumiały niepokój. Nie wiem czy ma tu znaczenie to, co robiliśmy w pewną sobotnią noc, raczej skłonna jestem myśleć, że to spokój płynący od niego tak na mnie wpłynął, niemniej jednak nie można wykluczyć, że odezwała się we mnie prymitywnie cudowna fizyczność. Tak czy siak, wróciłam do domu i włączyłam Między słowami, zaś widok Tokio o zmroku sprawił, że zapragnęłam podróży, przynajmniej mentalnych. A sorta fairytale i widzę korytarze metra, i zieleń drzew nad brunatną Sekwaną, i ażur żelaza pnącego się do nieba; always take the weather with you - a przed oczami mam wieżowce na Canary Wharf, Tamizę brudną i najsłynniejszy zegar na świecie wybijający godzinę drugą w nocy; i widzę naszą czwórkę, jak siedzimy na przystanku, zmęczeni i szczęśliwi, i słuchamy opowieści Ł. o mosiężnych uchwytach do toalet.
G. powiedziała ostatnio, kiedy się nad tym zastanowisz, okaże się, że możesz wszystko; próbuję w to uwierzyć, zbieram się w sobie, by stawić czoła realizacji marzeń i powtarzam niczym mantrę, you can't stop me now.
Pustkę w środku zapycham jedzeniem, jednak przybywa mi tylko na zewnątrz, zaś wnętrze wciąż pozostaje puste. Chciałabym to wreszcie zmienić, chciałabym, by zniknęło "zewnątrz" i pojawiło się "wnętrze", ale powoli przestaję mieć nadzieję, że tak się kiedykolwiek stanie.
Z każdym dniem coraz bardziej irytują mnie rozmowy o niczym, nie potrafię znaleźć sensu w nic nieznaczących spotkaniach z ludźmi, których mało obchodzę, którzy w gruncie rzeczy mało obchodzą mnie, widzę w tym tylko stratę czasu i energii, rozproszenie na drobne kawałki uwagi i zrozumienia. Wciąż usiłuję zakotwiczyć się w rzeczywistości, z której osuwam się w macki wyobraźni zdecydowanie zbyt często.
Łapię się parapetów, łapię się klamek i trzymam się kurczowo wytyczonych planów, aż do zbielenia palców, aż do krwi na pogryzionych wargach, i nie, nie pozwalam sobie na eteryczną emocjonalność, nie ze mną te numery, nie dla mnie te numery, to jest teren dla mnie obcy i niebezpieczny, to są sprawy, z których wychodzę poturbowana, z rozkwaszoną gębą lojalności i skręconym karkiem przywiązania. Dlatego żyję prezentacjami i artykułami naukowymi, bazami danych i nowotworami sutka. I nie dzieje się nic, nic, co mogłoby mnie wzruszyć, nic, co mogłoby zburzyć ten starannie wypracowany plan, nic, co mogłoby zakłócić monotonię spełniania moich niezaspokojonych ambicji.
W ostatnią niedzielę w kościele było ciemno, tylko przy ołtarzu paliły się świeczki. Klęczeliśmy wszyscy i śpiewaliśmy "Laudamus Domine". Schyliłam głowę - co z rzadka czynię - ale śpiewając "Resurrectionem Tuam laudamus Domine", poczułam tęsknotę za boskością i miałam wrażenie, że Boskość jest tuż obok, jednak wrażenie szybko się rozmyło, ja podniosłam głowię i wstałam z klęczek i wszystko wróciło do normy. Pozostał tylko jakiś niepokój, ale i ten szybko stłumiłam z pomocą martini i wódki.