I nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, nie wiem co powinnam czuć, topię się tylko w jego dotyku, czas przestaje dla mnie istnieć. Odbiera mi rozum, odbiera mi instynkt zachowawczy. To się przecież nie skończy dobrze, to się skończy jak zawsze, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Przecież wiem.
Mimo to trzymam się kurczowo resztek szaleństwa we mnie, bo tylko w nich pozostała jeszcze wiara w miłość, bo wygrzebał je we mnie, kazał sobie przypomnieć, że jest cholerną połówką tej zgniłej pomarańczy, którą z chęcią zamieniłabym na jakieś zwykłe, zdrowe jabłko, tylko, że, kurwa, te wszystkie zdrowe jabłka strasznie mi nie smakują.
Chcę żebyś stała przede mną bezwstydna ze swoim ciałem, ze swoimi myślami i emocjami, naga, z rozłożonymi nogami. mówi mi takie rzeczy, a ja nawet się nie rumienię, choć przecież powinien dostać w twarz za takie bezprawne zagarnianie całej mnie, przecież powinnam wyśmiać go i wyjść, ale on wygrzebuje we mnie szaleństwo i, ja pierdolę, już nie mam sił być rozsądną i utrzymać moją suwerenność. Ma niesamowitą zdolność usuwania mi ziemi spod nóg, tak do utraty tchu, do chwili, aż nie mam już zjadliwej odpowiedzi i spadam na łeb, na szyję. Łapie mnie wtedy w ostatnim momencie i tym swoim irytującym uśmiechem małego dziecka sprawia, że czuję się totalnie bezbronna.
Znowu przyszedł i rozpierdolił to wszystko, a ja zostałam sama z kawałkami niepojętego chaosu do pozbierania.
To się nie może dobrze skończyć, to się skończy wyjątkowo źle.
Od miesięcy już brak mi słów do napisania, duszę się tym niczym ryba powietrzem. Bywa, że uformują się w mojej głowie jakieś zdania, jakieś treści, jednak mimo najszczerszych chęci i wielokrotnych prób powrotu do tego przyjemnego hobby, jakim było pisanie, nie potrafię wykrzesać w sobie ani zapału, ani stylu, który zadowoliłby mnie na tyle, aby kliknąć magiczny pomarańczowy przycisk w edytorze postów. Czytam za to i oglądam filmy, i w miarę czytania i oglądania natykam się na kolejne perełki, takie, jak ta poniżej.
Now I am quietly waiting for
the catastrophe of my personality
to seem beautiful again,
and interesting, and modern.
The country is grey and
brown and white in trees,
snows and skies of laughter
always diminishing, less funny
not just darker, not just grey.
It may be the coldest day of
the year, what does he think of
that? I mean, what do I? And if I do,
perhaps I am myself again.
Uwielbiam zdjęcia zakochanych par, jedno zdjęcie mówi mi więcej o związku niż hektolitry przelanych słów. To takie moje chore hobby, kolekcjonowanie zdjęć szczęśliwych ludzi, mam taką mentalną wystawę w mojej głowie, wpatruję się we wszystkie ujęcia po kolei, studiuję oczy, uśmiechy, schwytane gesty i uczucia zamrożone w ułamku sekundy. Im dłużej na nie patrzę, tym bardziej wierzę w abstrakcję szczęśliwej miłości.
Czasem się gubię, nogi plącze mi bluszcz ludzkich znajomości, zaczepiają mi się o ubranie Niezałatwione Ważne Sprawy, wchodzą mi w serce byli i obecni mężczyźni. Zwykle wtedy panikuję i rzucam się histerycznie w totalną inercję, licząc irracjonalnie na to, że wszystko minie, że wszystko płynie. Myślę wtedy: porozmawia się, załatwi się, zdecyduje się, a potem patrzę pustym wzrokiem w pusty sufit i zapełniam się muzyką, filmami, internetowymi serwisami spolecznościowymi i innymi bzdurami. Coraz rzadziej zdaje to egzamin, coraz częściej sama muszę stawać z czerwoną płachtą na arenie i wygrywać każdą walkę, już nie dla splendoru i aplauzu obojętnej publiczności, a dla zwykłej potrzeby przetrwania, dla pierdolonego imperatywu wykonania dawno założonego planu.
I krzepnę w sobie, ustalam swoje formy i treści, powoli przestaję się tłumaczyć z moich tak i nie. Coraz częściej patrzę w lustro i mówię sobie tak, to jednak jestem ja; i widzę za moim odbiciem tłum dobrze znanych mi demonów i aniołów, toczących zażartą, nieustanną walkę o moją duszę, o tę ziemię niczyją, która w jakimś tam sensie ma jakąś tam wartość dla jakichś tam sił Dobra i Zła, i przyglądam się im coraz spokojniej, im i tej niezrozumiałej wojnie.
oswoiłam samotność, nie mam z nią problemów, łapię się na tym, że potrafię nie myśleć, na przykład dzisiaj w kawiarni, G. wyszła na chwilę, a ja patrzyłam w chodnik i nie myślałam, w ogóle, nic. zorientowałam się dopiero po minucie czy dwóch. Pani doktor z psychiatrii powiedziała nam, że niemyślenie jest strasznie trudne, że tylko schizofrenikom się to udaje. nie mogę powiedzieć ze brakuje mi kontaktu z ludźmi, nie, to nie to. tylko czasem, kiedy patrzę na ulicę, piję wino i słucham Interpolu, wtedy trochę mi dziwnie. to wszystko.
bolą mnie plecy, mam chore zatoki i przytyłam trochę, i nie wiem już, co chciałam napisać, chyba coś o tym, że są takie momenty, kiedy chcę się zwinąć w kłębek, przykryć kołdrą i spać, choć zupełnie nie mam powodu, bo wszystko jest naprawdę zajebiste. a potem są takie momenty, że biegam ze stetoskopem i moimi kieszonkowymi podręcznikami i śpię po trzy godziny i wtedy nawet jestem z siebie dumna. chociaż to ostatnie to raczej rzadko.
i piję strasznie dużo kawy, mam nowy ekspres ciśnieniowy, kupiony za pieniądze ze stażów, i degustuję wszystkie kawy, które dostałam w zestawie. piję też dużo red bulli i coli i próbuje oswoić się z myślą, że lekarz nie może być leniwy. w miarę oswajania tej myśli coraz częściej przychodzi mi na myśl, że te studia to był katastrofalny błąd, bo ja jestem strasznie leniwa. ja lubię długo spać, oglądać filmy, włóczyć się po ulicach i dużo jeść. poza tym bardzo nie lubię ludzi, naprawdę, oni mnie strasznie denerwują, 95% społeczeństwa wkurwia mnie niemiłosiernie. i to nie dlatego że są specjalnie głupi, niemili czy kłamliwi. nie, ja ich nie lubię z założenia. (tak jak się zastanowić dłużej to nawet 97%) no i tak sobie myślę, że jak ja tych ludzi tak strasznie nie lubię i jak jestem taka strasznie leniwa, to jak ja mogę być dobrym lekarzem, jak ja w ogóle mogę być lekarzem. chyba nie bardzo. z drugiej strony ludzie mają fajne mózgi i rdzenie kręgowe, i całkiem niezłe wątroby, żołądki i trzustki, i to im trzeba przyznać, to jest duży plus.
Mam 24 lata i to już nie jest wiek na tak zwane lelum polelum, na to cudowne opierdalanie się bez odpowiedzialności i konsekwencji. Starzeję się i wymaga się ode mnie dorosłości i podejmowania Ważnych Decyzji, takich decyzji, po podjęciu których życie nabiera konkretnego kształtu. Wie się wtedy, gdzie mieszkać, co robić i jak zarabiać, umie się wypełniać PITy, ma się fundusz emerytalny i zaczyna się dbać o zdrowie. Tyle, że ja mam 24 lata, ja wciąż nie dojrzałam, wciąż wydaje mi się, że jeszcze wszystko mogę i na wszystko mam czas, że jeszcze mam czas na ostateczności i definicje. Moje życie jest wciąż superpozycją wszystkich możliwych decyzji, a ja wciąż boję się otworzyć pudełko i sprawdzić, czy przeżyję, czy nie.
I może jednak wcale się po Tobie nie pozbierałam po tych kilku latach, a może mam zjebany konstrukt poznawczy, a może i jedno i drugie, ale ja wciąż nie chcę dać się usidlić, wciąż uciekam, gdy ktoś próbuje mnie złapać. Komfortowo czuję się w związkach bez perspektyw, bez oczekiwań i bez nadziei. Brzmi to o wiele smutniej niż jest w rzeczywistości, w rzeczywistości jest to przyjemne i nie przynosi rozczarowań. Jest tylko nudne, ale powoli zaczynam rozumieć, że mało co nie jest nudne w tym życiu.
na dnie przepaści jest bardzo spokojnie, są tam głównie kamienie nagrzane od słońca i rudy chłodny piasek w cieniu drzew. od kilku dni siedzę w pełnym słońcu i zadzieram łeb do góry. coraz bardziej tęsknię za byciem tam, na krawędzi, bliżej życia i bliżej nieba. na dnie przepaści spotykam różnych nowych, zwykle nie łączy mnie z nimi nic poza kilkoma powierzchownymi spotkaniami lub paroma nieznaczącymi nocami. tutaj, na dnie przepaści, głębia nie istnieje, tu są tylko kamienie, piasek i drzewa, ale już i te ostatnie powoli umierają. ściany przepaści są strasznie gładkie, jakby wyślizgane od desperacji tych, którzy też zmienili zdanie, próbując wspiąć się na wyżyny. nie ma o co się zaczepić, nie ma już nawet skąd skakać. można tylko patrzeć na rysunki miłości, przyjaźni i marzeń, i rozmyślać, czy warto było wtedy skakać i tracić życie. Czy w ogóle warto było stawać nad przepaścią.
Na moje nieszczęście staję się mistrzynią tracenia czasu, Facebook i kolejne seriale pochłaniają godziny, myślę, że kiedyś napiszę scenariusz do sitcomu pt. Generacja Facebooka czy coś w tym stylu. To może być największe osiągnięcie mojego życia, chyba że wreszcie wezmę się do roboty, wtedy istnieje szansa, ze może nawet kogoś wyleczę. To by było dopiero osiągniecie. Przedwczoraj widziałam, jak rodzą się dzieci. To dość zabawne, ale aż do momentu pierwszego oddechu one wciąż wyglądają jak płody: zamknięte oczy, sina skora, niepodobne do niczego. A potem nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, zaczynają się drzeć, robią się różowe i patrzą ślepymi oczami w nowy niewspaniały świat i wyglądają całkiem jak dzieci, prawie jak ludzie. Naprawdę, fajna sprawa. ***A w tym momencie last fm zapodał mi "My heart will go on", gdybym nie była sobą to uznałabym to za zajebiście sentymentalne. Na "Titanicu" płakałam zresztą jak bóbr, ale miałam 14 lat i wierzyłam w takie bzdury, jak miłość od pierwszego wejrzenia. Teraz mam 10 lat więcej i nie jestem nawet pewna czy w ogóle wierzę w miłość.***
Chirurgia ginekologiczna (lub raczej ginekologia chirurgiczna) jest zaś całkowicie obrzydliwa i poza tym, że używają narzędzi chirurgicznych, to z chirurgią to nie ma nic wspólnego. Piękno chirurgii polega na przekraczaniu granicy między światem zewnętrznym a wnętrzem: jest skóra, tkanka podskórna, mięśnie, otrzewna; albo skóra, tkanka podskórna, kość, opony mózgowe. Trzeba przedrzeć się przez te wszystkie warstwy, żeby dotrzeć do sedna. To zajmuje czas, bo potrzeba czasu, żeby przygotować się do widoku, dotyku i zmieniania tego, co jest w środku. Dlatego właśnie nie mogę pokochać chirurgii plastycznej. I dlatego nie znoszę chirurgii ginekologicznej.Oni wchodzą we wnętrze bez przygotowania, upraszczają wszystko, wydzierają macicę przez pochwę, przypomina mi to rzeźnictwo. I tak ja wiem, że tak trzeba, że tak jest mniej powikłań i tak jest najlogiczniej, ale ja dorabiam do wszystkiego ideologię i ideologia ginekologii chirurgicznej nie przemawia do mnie. I poza okazjonalnym winem i okazjonalnymi spotkaniami, nie dzieje się nic. Znów zrobiło się cicho. Gdyby nie te egzaminy za trzy tygodnie, to pewnie by mnie to martwiło. A tak, to przewalają mi się po głowie wyrazy, czasem nawet zdania, ale większość czasu są tam tylko rzeczy do kupienia, sprawy do załatwienia i zegar biologiczny odliczający czas do egzaminów. Siedzę przed laptopem i nad książkami, przed sobą mam widok na bulwar Wilsona i ten widok kocham najbardziej w moim mieszkaniu. Jest taka śliczna kamienica na rogu - ciemny róż, z beżowymi dekorami, wysokie okna; i są latarnie świecące na pomarańczowo, szeroka ulica, zielone drzewa i przystanek autobusowy. Nocą to jest naprawdę piękne, tak pięknie puste, bez tych wszystkich ludzi, tylko puste chodniki, pusty przystanek, ta różowa kamienica i od czasu do czasu przejeżdżające samochody. Jak na to patrzę, to lepiej się czuję. Od kilku miesięcy ciągle się dusiłam, próbowałam zaczerpnąć powietrze, ale wciąż miałam szlam zamiast tlenu w płucach; myślałam, że już zawsze tak będzie, nawet zaczęłam palić, zaciągałam się mocno pierwszym, drugim, czwartym djarumem, w końcu kręciło mi się w głowie od nikotyny, ale wciąż się dusiłam. Teraz wreszcie, kiedy patrzę za okno w S., znów normalnie oddycham. Jeszcze chwila, a zacznę różowieć, może jeszcze trochę, a będę prawie jak człowiek.