Takie dni jak ten zaczynają się zwykle dość niewinnie. Najpierw jest sms od mężczyzny, którego nie chce się więcej widzieć, słyszeć ani czytać, który nagle chce wrócić, choć już dawno nie ma do czego. Następnie waga elektroniczna pokazuje 1 kilogram masy ciała in plus, zamiast zamierzonego in minus. Przeglądając się w lustrze odkrywa się, że szyja po prawej jest jakaś grubsza i odkrywa się piękne powiększone węzły w pakiecie. Potem jest jeszcze kontroler w tramwaju, który wlepia mandat za jazdę na gapę, choć kurwa to pierwszy, może drugi raz, kiedy wykroczyło się poza prawo komunikacji miejskiej.
A na koniec tego fantastycznego dnia otrzymuje się maila od jedynej osoby, z którą miało się spędzić wyczekany weekend w Sztokholmie, że dzięki uczelni i majowym egzaminom bardzo prawdopodobnie spędzi się ów wymarzony weekend samotnie. Najgorsze zaś, że już nie chodzi tego maila i o ten weekend, tylko o świadomość, że samotne podróże, kiedyś tak uwielbiane, nagle przestały wystarczać. Nagle okazuje się też, że wybór towarzysza podróży jest zawężony do jednej osoby, że znowu jestem na va banque, choć przecież miałam być otwarta na wszelkie propozycje. Wbrew radom przyjaciół i wskazówkom Starszych nie potrafię nie być skrajna.
czwartek, marca 27, 2014
Have you ever felt alone?
It's the feeling that there might never be anybody ever again.
są takie dni, kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo obecna jest samotność w moim życiu. w takie dni mogę jej dotknąć, słyszę ją w każdym dźwięku, czuję ją w zapachu kawy i w smaku wina, otula mnie sobą i odgradza od reszty świata. w takie dni chciałabym wyjść do ludzi i znaleźć jakieś połączenie, jakieś zrozumienie, jakieś chwilowe poczucie psychicznego zdrowia.
są też dni największego strachu przed ludźmi, przed inwazją na moją suwerenność, bo to się równa zaburzeniu równowagi, to jest jednoznaczne ze zmianą układu sił w przestrzeni, a ja potrzebuję moich sił w mojej przestrzeni, bez nich jestem totalnie pozbawiona równowagi.
zabawne, że i jedne i drugie dni wypadają zwykle w tym samym czasie. Wtedy jedynym sposobem na przetrwanie jest wino i widok za oknem.
Tydzień temu, wyszłam na chwilę, włączyłam głośno muzykę, patrzyłam na ludzi i na mosty na kanale, miałam wrażenie, że oglądam kolejny film, do którego nie wygrałam castingu. miałam wrażenie, że już nie czas, a życie przecieka mi przez palce.
nie wiem dlaczego wróciłam do naszej starej historii, słucham unchained melody i po raz kolejny pęka mi serce, choć przecież naprawdę minęło już bardzo dużo czasu. przecież byli już inni, przecież byłam nawet zakochana.
zastanawiam się, czy naprawdę można umrzeć z miłości, czy serce naprawdę może pęknąć. to jest chyba strasznie naiwne myślenie, to chyba nawet w ogóle do mnie nie pasuje, wszyscy przecież myślą, że ja jestem hiper-racjonalna, ostatnio nazwano mnie nawet binarną, strasznie mi się to spodobało, rzeczywiście ja funkcjonuję w systemie zero-jedynkowym ( tak, tak; nie, nie - ja nie wierzę w półśrodki i klimaty umiarkowane)
nie wiem tylko dlaczego, kiedy o Tobie myślę, tracę oddech i zaczynam płakać. patrzę na nasze zdjęcia, te stare, bo tylko te zostały, te sprzed kilku lat, Ty z papierosem, ja z papierosem, Ty wyglądający jak Marlon Brando, ja wyglądająca seksownie. dużo rzeczy się nie udało, MY się nie udaliśmy, ale wciąż patrze na te zdjęcia i wciąż mimo tylu lat myślę, że strasznie do siebie pasowaliśmy. G. powiedziała kiedyś, nie mogę o tym zapomnieć, powiedziała, że jeśli nasza historia miałaby się kiedyś zakończyć happy endem, ona uwierzyłaby znów w niemożliwe.
popołudnie nad jeziorem, słodkie truskawki, sok spływający kątem ust, zapach trawy i świeżej wody, a potem ciężkie krople deszczu płynące po twarzy i karku, kiedy graliśmy w siatkówkę; ubłocone stopy i zmęczone ręce, z każdym odbiciem piłki pokonywałam samotność, z każdym wybuchem śmiechu zadawałam jej kolejny cios.
Napisała
Kate
o
16:52
4
komentarzy
piątek, września 10, 2010
♫ Well, this might take a while to figure out
Miasto jest stalowo chłodne nocą. Odrealniam się w zamazanych krawędziach budynków, w wilgotnych ulicach, w światłach - czerwonych, żółtych, zielonych, w ciszy silników samochodów i w odgłosie ludzkich kroków.
czasem mam wrażenie, ze tak głęboko pochowałam w sobie uczucia, że już nigdy ich nie znajdę. wychodzą ze mnie tylko we snach i marzeniach, choć nigdy nie wiem, skąd się biorą. i zdarza się w końcu, że ktoś chce do mnie dotrzeć, próbuje dotknąć tych wszystkich zapomnianych, obolałych miejsc w mojej głowie, a ja nawet nie próbuję pokonać obezwładniającego strachu, tylko odwracam głowę, uśmiecham się kątem ust i uciekam w lekkie żarty, niezobowiązujące rozmowy i buduję ścianę, odgradzając, być może, jedną z nielicznych osób, które potrafiłyby mnie zrozumieć. i coraz częściej zastanawiam się jak to jest, że niektórzy potrafią przejść przez życie bez tego wewnętrznego rozdarcia, bez ciągłych wątpliwości, czego chcą od życia. po prostu kończą szkołę, po prostu zakładają rodzinę, po prostu idą do pracy.
bardzo bym chciała tak po prostu żyć.
Napisała
Kate
o
22:51
4
komentarzy
poniedziałek, sierpnia 30, 2010
No alarms and no surprises
wiem czego chcę, mam swój plan na życie, znalazłam w nim czas na pracę, botoks w wieku 30 lat i lifting w wieku lat 40, mam w nim pieniądze na podróże, dobre ciuchy i niezłe mieszkanie. to jest zajebiście dobry, pusty plan na życie. i patrze w lustro i mówię sobie, patrz jaka jesteś ładna, jaka zadbana, trochę za gruba, ale na to są tabletki, trochę smutna, ale na to jest alkohol, trochę samotna, ale na to jest seks, ale patrz, patrz, jaka jesteś zajebista, wszystko już o sobie wiesz, znasz się na wylot, wiesz już ze nie stać cię na więcej miłości, wiesz już ze nie stać cię na dzieci, wiesz już to wszystko, teraz tylko musisz przeżyć swoje zajebiste, drogie, puste życie, a potem przejść na druga stronę i rozpłynąć się w nicość. to naprawdę nie jest takie trudne, tysiące ludzi robi to codziennie. wstają rano, piją kawę, idą do pracy, walczą o jakieś akcje, paliwa, pieniądze, o jakiś kompletny bezsens, potem wracają do domu, zajmują się zajebistymi rozrywkami, które maja sprawiać przyjemność (i są przyjemne, mniej więcej tak jak seks bez orgazmu), a potem idą spać.
zresztą o co może chodzić w życiu, trzeba je po prostu jakoś przetrwać, jakoś tak żeby bardzo nie bolało, nie bardzo uwierało. może my za wielkie halo robimy z życia. jak się robi wielkie halo to potem trzeba to uzasadniać, szukać sensu, szukać głębi. ja już szczerze mówiąc jestem zmęczona szukaniem sensu, mam serdecznie dość zastanawiania się co będzie dobre, a co będzie złe, co będzie jeśli wybiorę a, a co będzie jeśli wybiorę b.
życie jest dobre tylko w pewnych momentach. na przykład w klubie, gdzie jest się główną atrakcją wieczoru , albo z siostrą próbując rozróżnić klarnet od oboju w 9. symfonii Dvoraka, albo na plaży w Miami, gdzie przystojny pusty chłopiec wciera olejek w plecy, albo w szpitalu stojąc 12 godzin do operacji.
to są dobre momenty w życiu. i tylko tego mogę się trzymać, i tylko taki sens widzę w życiu, cala reszta to tylko konieczny obowiązek.
Napisała
Kate
o
00:38
1 komentarzy
środa, maja 12, 2010
If you ever thought that Miami is about sex, booze and beach, you were totally right.
I są takie historie, amerykańskie kiczowate obrazki, on i ona w hostelu w Miami Beach, on zwraca uwagę na blondynkę w czarnej mini i niebotycznych szpilkach, cheers mówi, piją razem piwo, potem idą do klubu, (niech nazywa się Nikki Beach i będzie położony tuż nad oceanem); on zamawia drinki: piwo dla siebie, w końcu jest Niemcem ze Stuttgartu, dżin z tonikiem dla niej, w końcu jest Słowianką; a potem rozmawiają, siedząc na leżakach, sącząc alkohol; rozmowa toczy się gładko, alkohol układa słowa w miękkie przyjemne kule, tak uwielbiam kuchnię francuską... a w Tokio najgorsze są pociągi... i nie mogę żyć bez książek... lubię tenis, ale jednak najbardziej uwielbiam nurkowanie, i tak dalej, i w ten deseń tańczą ten słowny taniec z wirtuozerią. W końcu on ją całuje, długo i głęboko, lepiej niż na filmach, zdecydowanie lepiej niż jej dotychczasowi mężczyzni; a potem wychodzą prosto nad ocean i kochają się na plaży, choc wcale nie jest to tak proste jakby sie wydawało, bo zycie jest nieco mniej romantyczne niz życzyłyby sobie tego autorki Harlequeinów. Jednak kochają się na plaży w Miami i nie ma co się ich czepiać, nic dziwnego, że ma to dla nich urok.
I tak, są takie historie, i to nie są historie filmowe, to jest życie, zwykłe życie, tylko, że w Miami, a tutaj życie... cóż, tutaj życie jest bajką.
Napisała
Kate
o
09:03
1 komentarzy
sobota, kwietnia 24, 2010
American Dream
Minęło już ponad dwa miesiące, odkąd wylądowałam na JFK, i ponad dwa miesiące i jeden dzień, kiedy wylądowałam w Rochester. Padał deszcz, było szaro i smutno, targałam wielką czerwoną walizkę i byłam pełna nadziei, że Ameryka nie zawiedzie moich oczekiwań. I póki co nie zawiodła. Po naszym ogrodzie biegają wiewiórki i świstaki, na public market można kupić prawdziwą bruschettę, w Starbucksie wypić wielką, dobrą kawę i wszędzie jest moje ukochane Reese's. Panie w sklepach mówią do mnie per honey, panowie pytają how you doin', w Waszyngtonie podrywa mnie jakiś przystojny Grek, zwykle jednak, tak przynajmniej twierdzi M., gapią się na mnie mężczyźni, a ja, tak twierdzi M., ponoć ich olewam. W szpitalu jest czysto, są pieniądze na badania i leczenie, i nikt nie zastanawia się nad kolejnym rezonansem. Pracuję od 4.30 do 19, pre-rounds, rounds, sign-out, OR, rounds. Wracam, nie czując nóg i lubiąc siebie bardziej niż kiedykolwiek. Odzyskałam tu wiarę w siebie, odetchnęłam tutaj wreszcie, pełną piersią, i pierwszy raz bez zazdrości patrzę w niebo na przelatujące samoloty.
Napisała
Kate
o
04:55
3
komentarzy
czwartek, grudnia 10, 2009
♫ The only constant I am sure of is this accelerating rate of change
kolejny, szósty już, rok chodzę ulicami tego miasta, w innych szpilkach, w mniejszym rozmiarze dżinsów, wciąż ze słuchawkami w uszach, wciąż w skórzanej kurtce.
zmieniło się wszystko i nie zmieniło się nic, ludzie przychodzą i odchodzą, zderzam się z nimi, zamkniętymi w swoich kosmosach, wewnętrzną energię zamieniamy na ognisty wybuch, po którym odpychamy się i tracimy z oczu;
zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic; ci, którzy są, są ci sami od lat, z nieznanych zmiennych przekształcili się w wartości stałe, parametry, bez których równanie przestaje mieć sens.
zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic. zagadują mnie mężczyźni na ulicy, na przystanku, w knajpie, mam wrażenie, że im smutniejsza jestem, tym bardziej im się podobam. zresztą, to bez znaczenia, wszyscy przecież dostają w prezencie to samo - zimne oczy i spierdalaj wysyczane bezgłośnie przez zaciśnięte zęby.
zmieniło się wszystko, nie zmieniło się nic. to jest jak odrywanie plastra od sączącej się rany, za każdym razem boli tak samo. zrobiły mi się już odleżyny od samotności, wstydliwie zakrywam wrzody kolejnymi mężczyznami, desperacko wierząc, że któryś w końcu je zagoi, choć póki co wszyscy tylko je zakażają. i w tym bólu potem nie chodzi przecież o nich, chodzi tylko o ten moment oderwania zropiałego plastra, o tę przelotną świadomość, że nie, to znowu nie to. i przecież nic się nie dzieje, kilka dni mija, rany się zaskorupiają, ja znów wciskam się w pancerz samotności i wszystko znowu jest ok, aż do następnego razu.
Napisała
Kate
o
00:59
12
komentarzy






